niedziela, 20 listopada 2011

Lumos - przybywam!


W końcu nadszedł oczekiwany przeze mnie dzień.
Sam fakt, że skończyły się wakacje, nie był tak przygnębiający jak myśl o rozstaniu się z rodzicami. Po ostatnich wydarzeniach bardzo się ze sobą zżyliśmy, stąd ten ciągły płacz matki, gdy wyjeżdżałem chociażby na jeden dzień do babci. Tak naprawdę jej łzy odzwierciedlały to, jak bardzo mnie kocha. Ale cóż.. Rodzice, rodzicami.
Moje bezustanne powtarzanie typu: "- MAMO, TATO! NIE JESTEM JUŻ DZIECKIEM!" - nie skutkowało. Oni zawsze wiedzieli lepiej.
Lecz ten mały Chace zmienił się, wydoroślał... Chyba.


Bez owijania w bawełnę: Stałem jak wryty w ziemię, kiedy ojciec kazał mi biegnąć prosto w ścianę z tabliczką "Peron 9 i ¾". Z początku nie docierało do mnie to, co mówił, lecz po chwili otrząsnąłem się i zrozumiałem jego słowa. Czego to Ministerstwo nie wymyśli, by uchronić ich słodką tajemnicę przed mugolami? Osobiście nic do nich nie miałem, w końcu tata jest Aurorem.
Cała masa młodych czarodzieji pałętała się po King's Cross. Było głośno. Z sekundy na sekundę hałas cichł, kiedy jeden za drugim wbiegał tam, w ten dziwny zaczarowany mur. Dosłownie! 
Ja byłem przedostatni. Za mną stała grupa piętnasto-, szesnastolatków. To Anderson`owie i McCourtney`owie, ze Slytherinu. Niezbyt miłe towarzystwo jak dla mnie.
Pociąg miał odjechać o 08.35, była 08.27. Byłem nieco spóźniony, ale to nic... Chyba, że 'podróż przez ścianę' będzie trwała wieczność.
Buziak od matki, uścisk dłni od ojca i mogłem ruszać. Nie chcę opisywać, jak to było dokładnie. Mogę tylko powiedzieć, że było chłodno. Brrrr, mam gęsią skórkę na samą myśl. Nieprzyjemne uczucie, na szczęście mam to już za sobą.


[...]


Oczom nie mogłem uwierzyć! Express był nieziemski!
Odetchnąłem głęboko, po czym spojrzałem na Luthera. Jadł, znowu. Bez chwili zastanowienia pomaszerowałem w stronę pociągu.

sobota, 19 listopada 2011

Ostatnie dni w Londynie


Pobudka o 6.30. Masakra! Wakacje się kończą, nowy rok rozpoczyna się lada chwila... Czego chcieć więcej? Dzień był mglisty, ponury. Najchętniej walnąłbym się do łóżka i poszedł spać, lecz plan był inny. Pora wybrać się na Pokątną! Ale po co? Zminiaturyzowany smok walijski (którego nazwałem: Luther), szaty, kociołki, podręczniki i blablabla - wszystko zostało już kupione. Brakuje tylko różdżki , właśnie.


No więc będąc już na miejscu udałem się do Ollivandera. Pobyt w sklepie nie pochłonął mi dużo czasu. Rach, ciach i różdżka kupiona. W Banku Gringotta byłem nieco dłużej. W czasie, gdy mama podawała numer skrytki, ja czekałem  na korytarzu. Zostałem zaczepiony przez jednego z goblinów. Nie, nie. Nic strasznego. Po prostu zapytał, czy nie widziałem przypadkiem sowy śnieżnej. Po upływie 30 minut wraz z mamą opuściłem budynek. Po drodze spotkałem kilku znajomych, jak i tych zupełnie mi nieznanych. Pokątna tętniła życiem, roiło się tu od czarownic i czarodzieji. Nic dziwnego - w końcu zostały tylko dwa dni do odjazdu Express Lumos. Wracając do domu wyciągnąłem jeszcze mamę do 'Płonących trytonów', gdzie kupiłem sobie kilka... no dobra, masę słodyczy.

Będąc już w domu, w trybie natychmiastowym wbiegłem po schodach do swojego pokoju,
pogłaskałem Luther'a, który z radości obgryzał druty swojej zielonkawej klatki, po czym dosypałem mu trochę karmy smoczków. Straszny z niego łakomczuch. Dasz mu palec - on z chęcią weźmie całą rękę.  Nie ma co, stanowczo musi przejść na dietę.

Leżąc na łóżku spojrzałem na kalendarz, przyłożyłem głowę do poduszki i z uśmiechem na twarzy - zasnąłem.